Grzechów „młodości” warto uniknąć. Poniżej podaję kilka moim zdaniem najczęstszych.
Ważna uwaga, w tej części bierzemy pod uwagę wartościowanie domeny pod kątem ich ewentualnej odsprzedaży, odrębną sprawą są domeny pozyskiwane na inne cele (m.in. parking, zagospodarowywanie stron) o czym napisałem tu.
14 dni czyli czas to pieniądz
Zazwyczaj na początku domenowej przygody jesteśmy przekonani o wyjątkowości znalezionej wolnej domeny. A skoro jest ona taka dobra, to najlepiej ją jak najszybciej zarejestrować. Tymczasem u większości rejestratorów jest możliwość zarezerwowania wybranej domeny na 13 lub 14 dni. Przez ten czas mamy pewność, że nikt inny nie będzie miał możliwości rejestracji tej domeny, a my mamy czas na zastanowienie i w zdecydowanej większości przypadków, po ochłonięciu z pierwszej fascynacji domeną, dochodzimy do wniosku, że jednak nie warto tej domeny rejestrować. Często wystarczy przemyślenie faktu, dlaczego domena była jeszcze wolna. Nie czarujmy się, większość dobrych domen jest już zajęta.
Zapewne miliony osób na całym świecie i tysiące w Polsce rejestruje domeny. Prawdopodobieństwo, że ktoś przeoczył ciekawą domenę jest niewielkie, co nie znaczy nieprawdopodobne. Poświęćmy czas rezerwacji na sprawdzenie, czy naprawdę warto rejestrować. W te kilkanaście dni rezerwacji pozwala na zaoszczędzenie kilkunastu złotych na bezsensowną rejestrację domeny.
Niestety taki komfort rezerwacji dotyczy tylko domen z polską końcówką (w przypadku innych domen musimy decydować się od razu na rejestrację) i oczywiście dotyczy to tylko rynku pierwotnego.
Euro i sex czyli wiedza popłaca.
Obserwując domenowe dyskusje na portalach, czy też giełdy rynku wtórnego, można zauważyć falowe pojawianie się chętnych kandydatów do zarabiania na domenowym biznesie. Często po artykułach w prasie, czy w internecie pod ogólnym hasłem „jak łatwo zarobić na domenach” wiele osób myśli, że to takie proste – wystarczy zarejestrować domeny po kilkanaście złotych sztuka (a może nawet w promocji „za 0 złotych”) i za chwilę pojawi się kupiec, który wyłoży jeśli nie tysiące, to przynajmniej setki złotych. Tak się składa, że najczęstszą tematyką tych nowotworzonych domen jest nieprzerwanie seks i okolice, a przed 2012 rokiem także „Euro 2012”. Sezonowi domainerzy są zazwyczaj bardzo zdziwieni, że ich „genialne” domeny nie chcą się sprzedać.
Powiedzmy szczerze i wprost. Liczenie na szybkie wzbogacenie się na domenach bez odpowiedniej wiedzy, pewnego talentu i odrobiny szczęścia jest praktycznie niemożliwe. Kwestie szczęścia i talentu może zostawmy, jako że ciężko o nich napisać, natomiast ogólnie określona „wiedza” przydaje się na pewno.
Jaka wiedza przydaje się w obrocie domenami?
Jeśli chcemy zajmować się polskimi domenami, to co najmniej podstawy języka polskiego. Im więcej niuansów języka jesteśmy w stanie dostrzec, tym większa szansa na wypatrzenie ciekawej domeny, którą ktoś przeoczył, także tym większa umiejętność oceny potencjału domeny. Niech każdy spróbuje pomyśleć czym różnią się domeny: „docieplenia.pl”, „docieplenie.pl”, „docieplania.pl”, „docieplanie.pl”. Ciekawe ilu początkujących powie, że niczym?
Ogólna wiedza na każdy temat pozwala na szybką ocenę, które z setek spadających codziennie domen warto dodać do przechwycenia. Można czasem posiłkować się internetem, czy słownikiem, ale trudno to robić z każdą domeną.
Szczegółowa wiedza z danej dziedziny pozwala na specjalizowanie się w domenach z konkretnej branży, czasem te niszowe (na przykład konkretna gałąź gospodarki) domeny są wartościowe i przynoszące zysk. Im więcej takich nisz się „zagospodaruje” tym lepiej. Z kolei czytanie bieżących informacji, znajomość języków pozwalają na wyłapanie różnego rodzaju trendów, czy to w modzie, muzyce, czy biotechnologii, które o ile nie są znakami towarowymi, mogą pojawić się w domenach a ten kto pierwszy się o nich dowie, pierwszy zarejestruje domenę, która sprzedana za rok, dwa przyniesie pomnożone setki razy kilkanaście złotych wydanych na rejestrację.
A mnie się podoba czyli kto to kupi.
Jeden z najczęściej powielanych błędów. Myślenie na zasadzie „mnie się domena podoba, więc na pewno ktoś kupi”. Należy myśleć kategoriami Klienta. Najlepiej odpowiedzieć sobie na pytanie „dlaczego (i czy w ogóle) KK chciałby mieć tę domenę?”. Wyjąwszy z ogólnej zasady domeny brandowe i odnosząc się do domen generycznych, nie można najpierw mieć domeny, a potem zastanawiać się (częste pytanie na forum): „jak myślicie co pod tą domeną może być?”.
Najlepiej, gdy od razu będziemy wiedzieli jak najwięcej o kontekście danej domeny.
Aby nie popełniać błędów warto sobie zadać kilka pytań:
Na jaki cel, dla jakiego klienta dana domena może być przeznaczona?
Czy na nazwę firmy?
Czy jako najważniejszy „szyld”, czy na przekierowanie na stronę główną?
Czy ma tylko podnieść prestiż firmy?
Czy informować o całej ofercie, a może tylko o jednym konkretnym produkcie?
Czy branża jest „internetowa”, czy też nie?
Czy dużo podobnych domen z danej branży jest wolnych, czy może zajęte są tematyczne domeny nawet z gorszymi końcówkami?
Tego typu pytania stawiane przed pozyskaniem domeny pozwolą często na uniknięcie niepotrzebnych wydatków na rejestrację, a zwłaszcza zakup domeny. Wbrew pozorom do odpowiedzi na dużą część tego typu pytań nie potrzeba wielkiego doświadczenia. Wiele informacji można znaleźć w internecie.
W przypadku domen oznaczających konkretną usługę, zawód lub produkt przydaje się rozpisanie tzw. drzewka obrazującego co jest głównym elementem, a co poszczególnymi kategoriami tej branży. Dla przykładu:
Mamy bardzo ogólną i topową frazę „ogród/ogrod” (dużo zajętych końcówek, pozakładane opcje na domeny) w której mieści się wszystko co związane z ogrodem (same ogrody, ale i rośliny oraz maszyny i narzędzia),
Poboczną domeną frazą jest „ogrodnicze”, która ma już nieco węższe znaczenie, ale sporo końcówek zajętych,
Jedną z podkategorii są „narzedziaogrodnicze/narzędziaogrodnicze” i tutaj widzimy najważniejsze końcówki są też zajęte.
Jednym z wielu narzędzi ogrodniczych są „motyki”. Teoretycznie bardzo ładna, krótka, bez potrzeby IDN-a domena „motyki.pl” w chwili pisania tego tekstu była cały czas wolna.
Czy teraz łatwiej zrozumieć dlaczego? Wiele takich – na pierwszy rzut oka – ładnych domen jest rejestrowanych/kupowanych przez początkujących i zazwyczaj po roku spadają lub trafiają do kolejnych adeptów.
Wolnych domen generycznych, które są w „czystej postaci” (fraza w mianowniku, bez żadnych dodatków) jest coraz mniej, dlatego też klienci końcowi chcąc mieć domenę z określoną frazą tworzą różne warianty zawierające najczęściej różne przedrostki i przyrostki. Za ich przykładem poszli domainerzy szukający wolnych domen do dalszego obrotu i w ten sposób zaczęły powstawać najróżniejsze kombinacje.
Przedrostki i przyrostki.
Czasem przedrostki i przyrostki mają sens, ale w zdecydowanej większości przypadków stanowią jedynie tańszy zamiennik głównej frazy. Przykładowo przedrostki „e…….” lub „e-…..” (albo nieco mniej popularny wariant „i……” lub „i-……..) pasują gdy chcemy podkreślić internetowy/elektroniczny charakter zagadnienia („epoczta”, „elist”, a nawet „ewczasy” dla internetowego biura podróży), jednak dyskusyjna będzie na przykład domena „ekamieniarz”, czy „eblacharz” nawet jeśli ów kamieniarz i blacharz mają swoją stronę internetową. Podobnie przyrostek „…..24” oznaczający całodobowość danej usługi, czy dostępności produktu jest czasem bardzo pasującym uzupełnieniem („holowanie24”, „dentysta24”), ale często wygląda wręcz śmiesznie („obiady24”, „piłkarz24”). Inwencja poszukujących wolnych domen spowodowała, że zaczęły być dodawane jeszcze kolejne końcówki: „….24h”, „…..247” (24 godziny przez 7 dni), „…365” (tyle ile dni w roku), ale te domeny można już chyba zaliczyć do kategorii dziwnych wynalazków. Podobnie radzimy unikać fraz w nietypowych formach, na przykład rzeczowników w innych niż mianownik przypadkach.
Pamiętajmy, nawet jeśli według nas domena jest przepięknej urody, spróbujmy wczuć się w rolę KK i odpowiedzieć sobie na pytanie, „czy klient naprawdę wydałby na tę domenę jakąś oczekiwaną przez nas kwotę?”.
Patrz dokładnie, czyli literówki
Wydaje się, ze jest to banalny błąd, ale przytrafia się nawet doświadczonym domainerom. Patrzymy na daną domenę, którą chcemy zarejestrować lub kupić (dotyczy to głównie właśnie tego drugiego przypadku) i stwierdzamy, że to bardzo fajna domena za przystępną cenę. Kupujemy i wcześniej lub później okazuje się, że nie jest to prawidłowa nazwa tego o czym myśleliśmy.
Tutaj możemy rozróżnić dwa rodzaje błędów. Pierwszy wynikający z tego jak postrzegamy tekst pisany, nasz mózg czasami wprowadza nas w błąd, nie zauważamy braku litery czytając cały wyraz w tak zwany globalny sposób. Są sytuacje, gdy sprzedający liczy na nasz błąd i w ten sposób chce wypchnąć taki nieco wadliwy „towar”. Na szczęście na giełdach domen wprowadzane są czytelne oznaczenia, że dana domena jest literówką. Oczywiście odrębną kwestią jest celowe kupowanie literówek dla ich ruchu.
Drugi błąd jest gdy nie oceniamy prawidłowo właściwego znaczenia wyrazu. W przypadku obcojęzycznych domen wynika z braku dostatecznej znajomości języka, w przypadku polskich domen po prostu z niewiedzy, a czasem roztargnienia, nie wiemy lub zapominamy, że biały duży ptak to „łabędź”, a nie „łabądź”.
Cybersquatting czyli szanuj prawo
Na koniec błąd, który może nas kosztować najdrożej. Nie tylko jak w poprzednich przypadkach, gdy na domenie nie zarobimy, ale tutaj co gorsza możemy jeszcze musieli sporo dopłacić. Każda własność, także własność intelektualna podlega ochronie. Jeśli ktoś coś wymyślił (na przykład oryginalną nazwę) a odpowiednie organy potwierdziły wyłączne prawo danego podmiotu do tej nazwy, to czy nam się podoba, czy nie, taka nazwa podlega ochronie i także domena zawierająca ochranianą frazę. Część firm mających swoje znaki towarowe rygorystycznie podchodzi do naruszania ich praw, inne może trochę mniej, ale niezależnie od tego lepiej nie ryzykować i sprawdzić, czy dana fraza nie jest chroniona prawnie. Można to zrobić m.in. na stronach Urzędu Patentowego Rzeczypospolitej Polskiej (strona: uprp.pl), aby nie być później posądzonym o tzw. „cybersquatting”.
Oczywiście są sytuacje sporne, gdzie sprawa nie jest jednoznaczna, przynajmniej dla jednaj ze stron i wtedy sprawę rozstrzyga Sąd Polubowny przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji. Zdarza się, że ów Sąd uznaje racje domainera, ale muszą być ku temu solidne podstawy, na przykład wcześniej zarejestrowana domena, niż zastrzeżona nazwa. Początkującym radzę:
jeśli wiadomo, że dana fraza jest chroniona prawnie nie eksperymentujmy z nią w domenach, nawet jeśli ta fraza stanowi tylko element domeny, na przykład: „sklepFIRMA.pl” (gdy słowo FIRMA jest zastrzeżone).






